Cześć Kochani!
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że jest już druga połowa grudnia, a ja jeszcze nie zrobiłam zapisków z wrześniowych wakacji. Nie ma tego złego. Za oknami zimno i ponuro, więc miło będzie przenieść się w ciepłe, przyjemne bałkańskie klimaty. Spakujcie szybciutko swoje walizeczki, chętnych zapraszam w krótką podróż do Albanii.
Dlaczego Albania?
Wybraliśmy Albanię, niejako na fali. Ostatnio stała się popularnym celem turystycznym Polaków, a jak coś jest popularne to trzeba sprawdzić dlaczego ;). Kierunek wymyślił mój sąsiad Adam: „To jedyne Państwo, w którym oficjalnie ogłoszono ateizm” – przekonywał nas. Jednak nie tylko to nas zachęciło. Pomyśleliśmy, że to może być ostatnia chwila, żeby zobaczyć postkomunistyczny relikt. Po ewentualnej integracji Albanii z UE znikną kontrasty, dzikość i lekkie zacofanie, które ten europejski kraj „zawdzięcza” byłemu przywódcy, wielkiemu satrapie – Enverowi Hodży. Dziś można tam jeszcze poczuć klimat opuszczenia. Krajobraz wypełniają bunkry, niszczejące mosty, bazy wojskowe, puste kamienne domy, kurorty w które wrasta zieleń, nieodrestaurowane zabytki otoczone domami i blokami. Opętany strachem przed inwazjami, komunistyczny przywódca, na prawie 50 lat odizolował Albańczyków od reszty świata, wybudował 600 tysięcy bunkrów, zerwał stosunki ze wszystkimi sąsiadami i byłymi sprzymierzeńcami. Zniósł własność prywatną, zakazał swoim rodakom wyjazdów i nikogo nie wpuszczał do kraju. Zmarł w 1985 roku, ale dopiero w 1991 nastąpiły zmiany polityczne. Byliśmy ciekawi jak ta izolacja przekłada się na dzisiejsze życie i funkcjonowanie Albańczyków. Trzeba przyznać, że bardzo szybko nadrabiają stracony czas. Poziom usług jest już naprawdę wysoki.
Dodatkowo Albania słynie z wielokulturowości, tolerancji i pięknej przyrody. Do odwiedzin zachęca również śródziemnomorski klimat i bałkańska kuchnia z wpływami tureckimi.
Na miejscu okazało się, że ten cel, równie chętnie obierają Czesi. W zasadzie, w naszym hotelu, turystów z innych krajów niż Polska i Czechy nie było. No i OK, wyluzowane towarzystwo, lubią wypić i potańczyć, a do tego nie ma ani kulturowych, ani językowych barier. Szybko potwierdziło się, że jako Polacy władamy czeskim w stopniu podstawowym, często nawet o tym nie wiedząc. A jak się przerobi rozmówki polsko-czeskie to niepostrzeżenie osiągamy poziom A2, a takie osiągniecie to już śmiało można wpisać do CV 😉.
Albania kojarzy nam się z górami… i bardzo słusznie, bo wraz z wyżynami, góry zajmują 75% powierzchni kraju (w Polsce 8,8%), w tym obszary znajdujące się na wysokości ponad 1000 m n.p.m. to 30% powierzchni (w Polsce 0,2%). Główne pasma górskie to:
Alpy Albańskie (Góry Przeklęte), które znajdują się na północy, przy granicy z Czarnogórą i Kosowem.
Góry Korab na północnym wschodzie przy granicy z Kosowem i Macedonią.
Na północy trzeba jeszcze zachować ostrożność. W dzikich, górskich zakątkach mogą znajdować się hodowle maku i konopi, doglądane przez uzbrojonych autochtonów. w 2015 r. dość głośno było o morderstwie pary z Czech, która przypadkiem znalazła się na plantacji nielegalnej roślinności w Górach Przeklętych. Zatem w myśl zasady „strzeżonego Albańczyk strzeże”, nie braliśmy pod uwagę oddalania się od głównych dróg.
Postawiliśmy na podziwianie, leżących na południu, bezpieczniejszych gór Çika ze słynną przełęczą Llogara. No i nazwa jakaś taka wesoła. Wypożyczyliśmy samochód, jedynie słusznej marki w tym kraju, czyli mercedesa i ruszyliśmy drogą ekspresową z Vlory do Sarandy. Trzy godziny zapierających dech w piersiach widoków. Potężne góry i riwiera albańska to bardzo malownicze połączenie. Trasa składała się głównie z serpentyn, po których spacerowały zwierzęta hodowlane. W okolicach Sarandy, na horyzoncie pojawiła się grecka wyspa Korfu. Leży tak blisko Albanii, że mogliśmy skorzystać z internetu UE, co wykorzystaliśmy na nadrobienie zaległości w przeglądaniu social mediów. Albański internet oszczędzaliśmy do nawigacji. Nie chcieliśmy kupować kolejnej karty. Nie chodziło o oszczędność pieniędzy (nie była specjalnie droga), ale czasu. Zakup karty trwał około 90 minut 😊.
Durrës
Albania to nie tylko góry i plaże, to także pełne zabytków i wąskich zaułków miasta. W ich architekturze widać wspomnianą wcześniej wielokulturowość i tolerancję 😉. Nigdzie nie widziałam tak zróżnicowanej zabudowy. Jakby nie było żadnych zasad. Budynki są wciśnięte jeden w drugi, a nawet w zabytki takiej klasy jak rzymski amfiteatr z II w n.e.
Jeśli chodzi o architekturę to jest tu wszystko. Od monumentalnej zabudowy z okresu komunizmu, poprzez betonozę, po nowoczesne hotele z kolumnami nawiązującymi do tradycji greckich. Patrząc na tę osobliwą zabudowę możemy dojść do wniosku, że zupełna dowolność w tej kwestii nie jest jednak pożądana. Oczywiście nie każdy się z tym zgodzi. Jeden lubi harmonię, estetykę i porządek, a drugi będzie zachwycony eksplozją stylów, kolorów i swobodą form.
Mi się ten chaos skojarzył z XVI wiecznym nurtem manieryzmu w sztuce, w którym bardzo istotne było zastosowanie autorskich, nietypowych rozwiązań, iluzji oraz fantazji w celu zaskoczenia widza 😉
Vlora
Drugim miastem, jakie odwiedziliśmy była Vlora. Została założona przez starożytnych Greków już w VI wieku p.n.e. Jest to miasto dwóch mórz. Przebiega tu umowna granica pomiędzy Adriatykiem a Morzem Jońskim. Vlora jest wypełniona słońcem, które tu świeci prawie 300 dni w roku oraz ma cudowny klimat, charakterystyczny dla miast portowych. Na każdym kroku jest mnóstwo kafejek, barów i restauracji, z uprzejmą obsługą, smakołykami i dobrą kawą. (we Vlorze ceny są niemal dwa razy niższe niż w kurortach turystycznych).
Vlora jest ważnym miejscem dla wyznawców Bektaszyzmu, lżejszej odmiany islamu. Jest to mozaikowa religia, w której legendy mieszają się z historycznymi faktami. Bektaszyci, są przez sunnitów i szyitów uznawani za heretyków, ponieważ łączą wątki islamskie, chrześcijańskie, szamańskie i ezoteryczne. Wyznawcy tego nurtu jedzą wieprzowinę, piją alkohol i mogą modlić się do wizerunków świętych.
W tym uroczym mieście znajdują się trzy punkty widokowe. Jednym z nich jest wzgórze Kuzum Baby, zwane także balkonem Vlory. Nazwa wzgórza wzięła się od sułtana Alego Sejjida (Quzum Baba), który przybył do Albanii z Turcji, aby popularyzować w Europie bektaszycki odłam islamu.
Ze wzgórza można podziwiać zatokę i panoramę miasta, a także świątynię, która znajduje się na szczycie. Weszłam tu nie bez trudu, ale było warto. W drodze na szczyt towarzyszył mi, mieszkający na wzgórzu, bardzo rozmowny, młody Albańczyk. Opowiedział mi, że Kuzum Baba pochodził z rodziny Mahometa i był świętym człowiekiem. Legenda głosi, że został zamordowany w górach przez niewiernych rozbójników, którzy odcięli mu głowę. Tuż po śmierci, ku przerażeniu oprawców, wziął ją w ręce i ruszył na wzgórze miejskie. Chciał zostać tu pochowany.
Tutaj muszę zaznaczyć, że wspomniany bektaszyzm wyznaje tylko 2% społeczeństwa. Główną religią jest islam (59%), następnie katolicyzm 10%, prawosławie 7% i inne ok. 1,5%. Oficjalnie ogłoszony przez Envera Hodżę ateizm (1967 r. – 1990 r.) nie wykorzenił w ludziach potrzeby wiary. Zadeklarowanych ateistów jest tylko 2,5%, pozostałe 20% nie określiło swojej przynależności religijnej, ale także nie uznało się za ateistów.
Albania jest jedynym krajem na świecie, w którym oficjalnie obchodzi się święta trzech religii. Ta tolerancja powoduje, że nie ma w Europie drugiego kraju, który by miał tak dużo dni wolnych od pracy.
Berat
Berat to Miasto Muzeum. Jest przepiękne i bardzo stare. Od 2008 roku to 2400-letnie miasto, ze względu na wyjątkowe walory architektoniczne typowe dla okresu osmańskiego jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Najbardziej znaną dzielnicą jest Mangalem. To właśnie dzięki tej części miasta – Berat nazwano miastem tysiąca okien. Panuje tu architektoniczny porządek. Zwarta zabudowa białych domów z czerwonymi dachami to miła odmiana po wielkim chaosie Tirany, Durres i Vlory.
Albańczycy
Skarbem Albanii są niewątpliwie ludzie. Jest ich prawie 8 mln.
We własnym kraju żyje ich około 3 mln, a poza nim kolejne 4,8 mln. Zatem jest ich więcej na emigracji niż w ojczyźnie. Ta sytuacja generuje konflikty, zwłaszcza z sąsiadami. Albańczyków najwięcej mieszka w Kosowie (1,8 mln) oraz Turcji (1,3 mln). Licznie zamieszkują też Północną Macedonię (0,5 mln), Grecję (0,44 mln) i Włochy (0,4 mln). Osiedlają się też w USA, Niemczech, Szwajcarii, Serbii, Chorwacji, Bośni i Hercegowinie, a także w Czarnogórze.
Jak bardzo są rozrzuceni po Europie, możemy szybko się przekonać, rzucając okiem chociażby na miejsca urodzenia albańskich reprezentantów w piłce nożnej. Mamy tu takie kraje jak: Kosowo, Grecja, Hiszpania, Szwajcaria, Włochy, Niemcy, Macedonia Północna.
Mówi się, że Kosowo to druga Albania, bo 90% mieszkańców to Albańczycy. Nie będziemy się zagłębiać w politykę oraz problem Kosowa, bo to konflikt bardzo zawiły i złożony. Zastanawiające jest skąd się wziął taki zajadły spór o jeden z najbiedniejszych i najwolniej rozwijających się regionów i dlaczego Serbia, bałkański tygrys Europy, tak bardzo chce swoją gospodarkę obciążyć tym regionem. Wcześniej, bez większych problemów odpuścili Czarnogórę, gdzie 30% mieszkańców uważa się za Serbów. Żeby to jako tako zrozumieć, to prawdopodobnie musielibyśmy cofnąć się do czasów średniowiecza. Generalnie spór określa się nie jako religijny czy kulturowy, ale jako historyczny, świadomościowy. Przemilczmy to jednym zdaniem: Serbowie twierdzą, że Albańczycy tylko tędy „przechodzili” i na odwrót – kosowscy Albańczycy uważają, że to Serbowie powiększają swoje terytoria ich kosztem, że przybyli tu na długo po Ilirach – protoplastach Albańczyków.
Albańczycy są niezwykle przyjaźni i pozytywni. Uwielbiają zagadywać turystów, chętnie służą pomocą. Młodsi dość dobrze znają angielski, starsi mniej, ale za to posiadają niesamowitą umiejętność porozumiewania się za pomocą gestów, rysowania w powietrzu i na piasku oraz używając pojedynczych angielskich, włoskich czy łacińskich słów. Udowadniają, że jak człowiek chce, to się dogada. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jako turyści mieliśmy głównie do czynienia ze sprzedawcami i ludźmi pracującymi w usługach, co determinuje uprzejmość, ale pozostali lokalni mieszkańcy również wpisywali się w to spostrzeżenie.
Albańczycy nigdy się nie śpieszą. Dowodem na to może być brak rozkładów jazdy. Autobus będzie wtedy- kiedy będzie. Do tego, przystanki autobusowe nie są oznaczone. Nie ma wiat, znaków czy ławeczek, jedynie wydeptane miejsca. Co ciekawe, oprócz kierowcy w autobusie jest bileter. Jego podstawowe zadanie to oczywiście sprzedaż biletów, ale pełni także rolę, podobną do pilota wycieczek. Informuje pasażerów o przystankach, a na turystów ma wyjątkowo wyostrzone oko, pilnuje i podpowiada, kiedy mają wysiąść 🙂 Autobusy są reliktami czasów słusznie minionych, aż dziw, że wciąż są sprawne. Gwarantują nie tylko podróż po albańskich drogach, ale i swego rodzaju podróż w czasie.
W Albanii nie za bardzo dba się o czystość ulic, ale o ubrania i samochody to już tak. Tu nie wypada chodzić w wymiętym podkoszulku albo jeździć brudnym samochodem. Myjnie są na każdym rogu. Spełniają kilka dodatkowych funkcji. Oprócz mycia samochodu, można uprać dywan, zjeść przekąskę, ciastko lub wypić kawę. Wielofunkcyjny biznes pralnio-myjnio-kawiarniany nosi nazwę, którą łatwo nam skojarzyć zupełnie z czymś innym – „Lavazh”.
Plaże
Plaże w Albanii, są podobnie zagospodarowane jak w Hiszpanii. Linia brzegowa jest zabudowana hotelami, a promenady są wynajmowane pod beach bary. Dodatkowo są tu liczne stoiska. Idąc zażyć kąpieli słonecznej, można przy okazji kupić: biżuterię, buty, ubrania, oliwę, pamiątki, owoce. Na albańskiej plaży w dzień możesz się zrelaksować i poczuć jak na Krupówkach, a wieczorem wybrać się na dyskotekę lub wysłuchać koncertu lokalnej piosenkarki.
Długo nie zapomnę plażowego sprzedawcy okularów (oryginalnych oczywiście ;)). W Polsce szybko dostałby przydomek naczelnego natręta i karę grzywny za nielegalny handel, ale południe Europy rządzi się swoimi prawami. Nasz biznesmen codziennie, niestrudzenie zachwalał nam swój towar, zagadywał nas i mierzył wzrokiem nasze stopy. Nie, nie.., spokojnie nie to, że cierpiał na syndrom latającego oka…po prostu jego kolega miał w ofercie buty. Po kilku dniach kupiliśmy w końcu od niego jakieś okulary, a od kolegi trampki, żeby już nas sobie odpuścili i żebyśmy mogli w spokoju czytać książki. Jednak nasz genialny myk nie zadziałał. Nadal po każdym obchodzie rewiru, sprzedawca siadał koło nas, z tą tylko różnicą, że teraz to już rozgaszczał się niczym nasz stary znajomy. To było trochę uciążliwe, ale i urocze. Był bardzo otwarty, serdeczny i rozmowny. Nie znał za dobrze angielskiego, ale starał się nam co nieco opowiedzieć o swoim kraju. Konspiracyjnym szeptem np. naświetlił nam stosunki Albanii z innymi krajami: „I’m not intereson polityka… but listen – Macedonia… katasrofa, Italia… katastrofa, Bulgaryja… katastrofa, Montenegro – OK, Kroatia – OK, Grecyja – OK, Turcyja… katastrofa ” No i oczywiście Polacy i Czesi OK, bo przyczyniają się do rozwoju albańskiego przemysłu turystycznego 🙂
Być może są w Albanii też dzikie plaże, na których można się zrelaksować w oddaleniu od infrastruktury i sprzedawców. Jednak my nie dotarliśmy do takich.
Kuchnia albańska
Kuchnia w kraju orłów jest połączeniem kuchni śródziemnomorskiej, bałkańskiej i tureckiej. Uwielbiam wszystkie trzy. Jedynym mankamentem jest czas oczekiwania na posiłki, no ale jak już wiemy – Albańczycy mają nieco inne poczucie czasu.
Przy zamawianiu warto też wiedzieć, że w Albanii podobnie jak w Bułgarii, kiwanie głową góra-dół oznacza „nie”, a kręcenie głową w boki oznacza „tak”. My się o tym dowiedzieliśmy, jak po dwóch godzinach czekania na wątróbkę okazało się, że przecież nam kelner mówił, że nie ma ;).
Co warto przywieźć do Polski?
Albania słynie z dobrych win. Mają też dobre miody, oliwę z oliwek, sery, zioła i przyprawy. Dużą popularnością cieszy się koniak o nazwie – nadanej na cześć narodowego bohatera – Skanderbeg (produkowany z winogron). My kupiliśmy jeszcze figi i herbatę górską, która podobno wzmacnia odporność i oczyszcza organizm.
Albania to kraj, który bez wątpienia Was zaskoczy, a zwłaszcza jego kontrasty i wielokulturowość. To doskonałe miejsce na wypoczynek, a górski klimat, piękne krajobrazy, przepyszna kuchnia, kompensują lekkie niedogodności organizacyjne. Odwiedzenie Albanii to szansa na cudną przygodę w kraju serdecznych ludzi, na zapoznanie się z lokalną kulturą, zdobycie wielu szczytów czy też, dla mniej aktywnych, wylegiwania się na plaży.
Na tym kończę zapiski z podróży. Dziękuję tym co dotrwali do końca. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do wybrania Albanii na cel Waszych przyszłych podróży. Osobiście, myślę, że kiedyś tu wrócę. Tydzień to zdecydowanie za krótko, żeby zobaczyć wszystkie najciekawsze atrakcje. Wodospad Grunasi i Błękitne Oko, na które nie było czasu, wpisuję na moją listę „must see”. Po za tym, muszę wrócić, bo tej wątróbki nie spróbowałam.